A ja za Patryka Małeckiego zawsze będę trzymał kciuki...

W Polsce często jest tak, że krytyka kibiców koncentruje się na jednostce. W myśl starego porzekadła – na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. W modzie było medialne biczowanie Grzegorza Laty, Dariusza Szpakowskiego, dziennikarzy Telewizji Publicznej. Swoje oberwał też Patryk Małecki. Przy zachowaniu wszelkich proporcji i jego miejsca w polskim środowisku piłkarskim. Czy słusznie? Moim zdaniem nie do końca. Warto czasem spojrzeć na problem w nieco szerszym ujęciu.

Futbol, podobnie jak boks, zawsze był sportem, który skupiał wokół siebie ludzi z rozmaitych sfer. Kiedyś Zbigniew Boniek wyznał publicznie, że przecież najlepszym materiałem na pięściarza jest chłopak z patologicznej rodziny, w którym drzemie wielka agresja, ale i chęć osiągnięcia czegoś i pokazania się światu z jak najlepszej strony. Takich karier było od groma. Podobnie jest z piłką nożną, która – co to dużo mówić – w większości skupia wokół siebie prostych ludzi. Prostych, nie znaczy prostackich. Wśród nich wielu jest także takich, którzy wywodzą się z różnych, często biednych środowisk.

Myślę, że wielu ludzi, opiniując Małeckiego zapomina o jednej, bardzo istotnej kwestii. O tym, że nie miał normalnego domu, z ojcem, który by go dyscyplinował. O tym, że od drugiego roku wychowywała go dzielnie matka, a później już tylko.. internat i trybuny, co słusznie zauważa Michał Białoński na portalu INTERIA.pl. Wreszcie o tym, że poza boiskiem to zupełnie spokojny człowiek – wierzący, angażujący się w akcje charytatywne. I co najważniejsze – cholernie ambitny. I właśnie ta ambicja wyzwala w nim takie ilości adrenaliny. Dlatego momentami, na boisku, nie panował nad równowagą psychiczną. I dawał się ponieść emocjom. Chciał zajść jak najdalej, ale nie do końca pozwalała mu na to konstrukcja psychiczna. Zwyczajnie zabrakło dystansu.

Oczywiście, że Patryk Małecki nie powinien wyzywać na boisku Saidiego Nitibazonkizy, nie powinien zmieszać z błotem „Sobola”. Nie powinien obrażać sędziów. O innych grzechach i grzeszkach nawet nie wspominając. Nie pozwolił mu jednak na to buntowniczy charakter, nad którym i tak ciężko pracuje. I zmienia się na lepsze. Niczym bohater komiksu. To wszystko rodzi się bólach, ale najważniejsze, że jest progres. Stale widoczny. Pamiętajmy jednak o jednym. Że to w głównej mierze właśnie na trenerze spoczywa obowiązek ukształtowania relacji z zawodnikiem.

Rozumiał to Leo Beenhakker, który potrafił wykazać dojrzałość emocjonalną i zignorował zachowanie Mariusza Lewandowskiego, gdy ten schodząc w meczu z Kazachtanem, pokazał mu środkowy palec. Kilka dni później Holender wystawił „Cycusia” w meczu z Portugalią i ten zagrał chyba jeden z najlepszych meczów w swojej karierze reprezentacyjnej. Do Małeckiego z kolei potrafił dotrzeć Robert Maaskant, który wielokrotnie powtarzał, że „zespół nigdy nie składa się z samych ułożonych i potulnych chłopców”. Smuda z Małeckim najzwyczajniej w świecie nigdy już nie dojdą do porozumienia. Dlatego Patryk odszedł. I związał się z Pogonią.

Nie chodzi już nawet o kwestie charakterologiczne, ale zwyczajnie o to, że piłkarz nie do końca pasował do koncepcji gry Franza – tak wcześniej w reprezentacji, jak i w obecnej Wiśle. Szkoleniowiec „Białej Gwiazdy” chce, by jego drużyna grała wysokim pressingiem i krótkimi podaniami, na jeden kontakt. Dostajesz piłkę i oddajesz ją do najbliższego zawodnika. „Mały” z manierą holowania futbolówki, nie do końca wpisywał się w ten schemat. Do tego dochodzi specyficzna, przesadnie rozbudowana – jak na pomocnika –sylwetka. Przez którą piłkarz tracił nieco na dynamice i zwrotności.

Obserwowałem w tym sezonie wszystkie treningi Pogoni. Właśnie ze względu na Patryka. I przyznam szczerze, że jestem pod wrażeniem. Tego jak się stara, jak walczy o każdą piłkę. W dwóch gierkach zdobył kilka goli i zaliczył asystę. Błyszczał i zebrał brawa zgromadzonych kibiców. Wypada mu tylko życzyć, aby znalazł we Wdowczyku, kogoś, kto będzie w stanie do niego dotrzeć. By za kilka lat, znów mógł wrócić do Wisły i realizować swe marzenia. Dla Małeckiego „Biała Gwiazda” zawsze będzie numerem jeden. Bez względu na to, czy się do tego przyzna, czy też nie. Bo jest kibicem wśród piłkarzy. Teraz koncentruje się na swojej pracy w Pogoni i wierzę, że ciężko pracując nad samym sobą, będzie wykonywał ją profesjonalnie.

Tego wypada mu tylko życzyć. I takich goli w T-Mobile Ekstraklasie...

Trwa ładowanie komentarzy...