Reprezentacja Polski – niby taka bliska, a jednak taka daleka...

Gdy ktoś mnie spytał po wygranym meczu z Danią, co czułem, odparłem, że obojętność. Podobne emocje towarzyszyły mi po remisie z Mołdawią i po przegranej z Ukrainą. Może to znak, że już się wypaliłem, że trzeba, niczym w piosence Perfectu „zejść ze sceny niepokonanym” i odstawić pisanie o kadrze. Jednak zdecydowanie tak nie jest, a podobne opinie ma wielu kibiców. Często słyszę frazy sympatyków futbolu, którzy byli z drużyną narodową od kilkudziesięciu lat, a teraz przyznają, że „stracili do niej miłość”. Przykre, ale prawdziwe. Z obecną reprezentacją, naród po prostu nie chcę się utożsamiać. Wymiarem braku zaufania między piłkarzami, a kibicami jest szydera. Są także gwizdy, będące formą zniechęcenia, dezaprobaty. Wreszcie bezsilności.

Pamiętam mecze za kadencji Jerzego Engela, Pawła Janasa, czy Leo Beenhakkera. Jak emocjonowałem się wielkimi turniejami. Nie zapomnę dreszczy, jakie czułem, patrząc na piłkarzy i słysząc Mazurka Dąbrowskiego. Gdy na mundialu, straciliśmy gola z Niemcami, w doliczonym czasie gry, płakałem jak bóbr. I pewnie wielu z Was również płakało. Gdy dwa lata później, Howard Webb gwizdnął w 90. minucie „jedenastkę”, miałem ochotę – cytując premiera Tuska – „zabić" . Dziś, porażka, remis, zwycięstwo – nie robią na mnie żadnego wrażenia. Czuję apatię, niechęć, znudzenie, a reprezentacja Polski, niczym w piosence Lady Pank – wydaje mi się „wciąż bardziej obca”.

Problem kadry jest zjawiskiem tak złożonym, że ciężko go opisać w kilku tekstach. Patrząc na reprezentantów Polski, widzę jednak głównie ludzi, którzy reprezentują swój własny interes. Swoisty zlepek indywidualności, który na kadrę przyjeżdża nieco z musu, bo tak trzeba. Dlatego, że nie wypada inaczej. Nie są to „nasi chłopcy”, których spotkamy w klubach, restauracjach, galeriach, ale „panowie piłkarze”. „Panowie”, którzy niestety nie podchodzą do swej roboty zbyt dobrze. Nie widzę w tym wszystkim „ducha zespołu”, maksymalnego zaangażowania i poświęcenia. Brakuje także odpowiedzialności, za noszenie koszulki z orłem na piersi. Kadrę tworzą zawodnicy niejednokrotnie wybitni w swoich klubach, którzy zupełnie nie potrafią tych umiejętności przełożyć na piłkę reprezentacyjną. To w głównej mierze obciąża jednak obecnego selekcjonera, Waldemara Fornalika.

Regres zaczął się od eliminacji do mistrzostw świata w RPA. Później, kolejnym niepokojącym znakiem, już za kadencji Franciszka Smudy, było odstawianie na bok piłkarzy, z którymi utożsamiali się kibice: Żewłakowa, Boruca, Małeckiego, Peszki. Jako obywatel 38-milionowego kraju, miałem prawo oczekiwać, by biało-czerwone barwy reprezentowali zawodnicy najlepsi. Nie najgrzeczniejsi, nie w tym rzecz. Waldemar Fornalik wprawdzie chciał się od tego odciąć. Przywrócił Boruca, zasygnalizował, że każdy ma u niego czystą kartę. Nie widzę jednak, by chciał dać większą szansę takim zawodnikom, jak: Korzym, Małecki, Mila. I wielu, wielu innym, których nie sposób teraz wymieniać.

Kadencja Grzegorza Laty była ze wszech miar kompromitująca. Że przypomnę tylko: problemy z orzełkiem, rozmaite afery, które atmosfery nie tylko nie poprawiały, ale doszczętnie ją psuły. Po niej nastały rządy Zbigniew Bońka, który wiele zapowiadał, ale nie zdołał nawet połowy wprowadzić w życie. Poprawił wizerunek federacji, polepszył nieco finanse, ale priorytetem zawsze była i będzie gra reprezentacji. Jeżeli Polska zacznie wygrywać, to dopiero wówczas opinie o PZPN-ie będą jak najlepsze. Zamiast zatrudnić nowego selekcjonera, który miałby przetarcie przed eliminacjami do mistrzostw Europy we Francji, ZiBi usiłuje oszukać 38 milionów Polaków, że mamy jeszcze szanse na awans.

Do tego dochodzą spory o bilety, premie, pieniądze, reklamy. Jakby to było najważniejsze. Gdzieś te proporcje się zachwiały i wielu ludzi nie rozumie, że to piłka nożna jest dla kibiców, a nie na odwrót. Że guzik mnie obchodzą czyjeś dywagacje finansowe, czy marketingowe.

W rankingu FIFA lecimy na łeb na szyję, grozi nam niższy koszyk, a mimo to wszyscy od dawien dawna, próbują przekonać kibiców, że „nas rankingi nie interesują”. Upadliśmy tak nisko, że nie byliśmy w stanie pokonać nawet słabiutkiej Mołdawii. To obraz nędzy i rozpaczy, bez względu na to, czy ktoś to chce przyznać, czy nie.

Prawda jest bezlitosna. Jeśli ma się piłkarzy światowego formatu, a nie ma drużyny, to znaczy, że głównym winowajcą jest trener. Jego rolą jest poskładać te puzzle w całość. Trochę tak jak głosił Leo Beenhakker: „U nas w Holandii mówi się, że drużyna narodowa jest jak pudełko pchełek. Rolą selekcjonera jest sprawić, by żadna z niego nie wyskoczyła”

Chciałbym powiedzieć, że mnie to smuci, martwi, ale jeśli mam być szczery, czuję jedynie apatię. Straciłem miłość do kadry, tak jak straciłby każdy, kogo obiekt uczuć by regularnie oszukiwał. Nic nie trwa wiecznie. Przyznam szczerze – czuje się mentalnie ograbiony.

Dawno nie pamiętam, żeby reprezentacja Polski była tak wyszydzona, jak to miało miejsce podczas spotkania z San Marino. Nie pamiętam także, by napastnik naszej kadry otrzymał taką dozę gwizdów, jak to miało miejsce podczas potyczki z Danią. Ludzie są już zmęczeni tą medialną reklamą, promocją Lewandowskiego, tą kosmiczną wręcz rozbieżnością między dyspozycją sportową w klubie, a w reprezentacji.

Rzadko to piszę, wszak jest zdeklarowanym optymistą, ale czarno widzę przyszłość naszej kadry.

Jeszcze pisząc o reprezentacji Polski, przypomina mi się taka paralela, której użył kiedyś Kuba Wojewódzki. Że Polska jest jak dziecko z zespołem Downa. Należy kochać, nie wolno porzucać, ale nie należy mieć nadziei, że wyzdrowieje.

To dokładnie tak samo, jak z polską kadrą.

Tyle, że ona nie wzbudza już u mnie prawie żadnych emocji...
Trwa ładowanie komentarzy...